Stwierdziłam, że muszę w końcu wyjaśnić dokładnie, o co mi chodzi, bo na żywo po prostu nie potrafię.
Ostatnio wszystko się zmienia. Szczególnie po powrocie z Międzynarodowej Akademii Fletowej w Poznaniu. Będąc najlepszą uczennicą w mojej szkole tam byłam średnia... no ale w sumie byli głównie studenci instrumentalistyki i ludzie grający na flecie od dziecka. No ale nie tym chcę się zamartwiać, przynajmniej nie dokładnie.
Dzisiaj odeszłam z orkiestry. Tak, z mojej kochanej Dętej Orkiestry Cementowni. Pojechałam normalnie, jak zawsze, tyle że wzięłam ze sobą mundur. Na schodach spotkałam tubistę, który w żartach zapytał, czy rzucam. Nie odpowiedziałam. Doczołgałam się na salę prób i zapięłam guziki od munduru. W ostatniej chwili wyrwałam z zeszytu kawałek papieru, napisałam swoje nazwisko i wrzuciłam do wewnętrznej kieszeni uniformu. Potem poszłam porozmawiać z dyrygentem... a to chyba była jedna z trudniejszych rozmów. Jak przed pójściem na próbę doskonale wiedziałam, jak chcę objaśnić tę sprawę, tak w głowie miałam pustkę.
I teraz chcę to wszystko uporządkować.
Primo- chcę się zająć fletem klasycznym na poważnie. Wiążę z tym swoją przyszłość i to ode mnie zależy, czy dostanę się na Akademię Muzyczną, czy też nie. A granie w orkiestrze pod tym względem mi nie pomaga, bo: a) 2 godziny próby+ 1 godzina na dojazd i odjazd = 3 godziny, które mogłabym przećwiczyć na flecie z większą korzyścią. b) to jest kompletna chałtura. Naprawdę nie gra się niczego, co by rozwinęło mój zamysł muzyczny.
Secundo- mam kryzys saksofonowy. Nie gram na saksofonie, bo po prostu nie mogę. Odrzuciło mnie od tego instrumentu. Wypaliłam się totalnie i teraz nie wiem, co zrobić.
Tertio- relacje między pozostałymi członkami orkiestry. Byli 'przyjaciele' twierdzą, że są mistrzami (chałturzenia?) i za każdym razem próbują mi to udowodnić. Do tego dodajmy nadętego prostaka wysyłającego mi pogróżki przez fejsa i kilka niesłownych osób, które lubią mówić o wielkich sprawach, a potem udawać, jakby nigdy nic nie zostało powiedziane.
A co sprawiło, że rozważyłam możliwość odejścia?
Rozmowa z 'tym złym nauczycielem, który nie ma pojęcia o muzyce'. A jednak okazało się, że ma, na dodatek większe, niż by można się było spodziewać.
Ludzie tutaj chyba są za ślepi, by to zrozumieć, ale w gruncie rzeczy już mi tak na tym nie zależy.
Na dodatek ostatnio mam dni kryzysowe z fletem, więc nie wiem, jak to dalej się potoczy. Po prostu nie mogę siebie słuchać, a gra na flecie, który ma już z milion usterek przestała być przyjemna. Muszę go odesłać jak najszybciej do przeglądu, bo przysługuje mi jeden darmowy w ramach gwarancji. I będę musiała się męczyć na szkolnych ze stopami C i zamkniętymi klapami.
Chciałabym porozmawiać o tym wszystkim, co się dzieje wokół mnie z moim mistrzem, ale zdaje się, że nie ma on czasu na wysłuchiwanie moich narzekań, nie mówiąc już o próbach... Nie wiem, co robić.
I nie ma to jak usłyszeć od byłych przyjaciół obelgi wykrzykiwane pod moim adresem na głównej ulicy miasta i kilka dni później słyszeć od kilku osób, że widziały tę sytuację.
W najbliższym czasie może coś dodam nowego, bo kupiłam sobie szkicownik i węgle w ołówkach.
Lewa na raz.